Logo GAK

H. P. Lovecraft – duch z Providence GAK

online
spotkanie

H. P. Lovecraft – duch z Providence

  1. data

    20.08.23
    niedziela

  2. godzina

    9:00

  3. wstęp

    bezpłatny

  4. adres

    online

  5. dla kogo?

    Dorośli , Młodzież

H. P. Lovecraft. Prekursor fantastyki naukowej i twórca własnej formy „kosmicznego horroru”. Samotny geniusz czy ofiara psychozy?

W niedzielę 20 sierpnia, wypada 133. rocznica urodzin „ducha z Providence”, czyli H. P. Lovecrafta. Z tej okazji zapraszamy do wysłuchania rozmowy Piotra Szymona Mańczaka z Arturem Kawińskim – nauczycielem akademickim, redaktorem, dziennikarzem i znawcą fantastyki. W trakcie rozmowy poszukiwać będziemy źródeł prozy Lovecrafta i jej najważniejszych wyróżników, a także poruszymy temat współczesnych problemów z recepcją tej niezwykle popularnej literatury.

Film ukaże się 20 sierpnia o godz. 9:00 na naszym kanale YouTube, a także jako podcast na naszym profilu na Spotify. Transkrypcję podcastu znajdziecie Państwo poniżej.

Rozmowa jest drugą odsłoną cyklu „Światy inne niż nasze”. W dalszej kolejności:

  • „U. Le Guin – ekumeniczna anarchistka”. Od Ziemiomorza po Ekumenę, czyli społeczne utopie w fantastycznych światach. Ludzka natura, płeć i kultura jako proces.

Transkrypcja

— Dzień dobry. To jest kolejna odsłona cyklu spotkań z Arturem Kawińskim.

— Dzień dobry.

— Filologiem i historykiem, cyklu pod tytułem „Światy inne niż nasze”, czyli spotkań poświęconych literaturze fantastycznej.

— Też.

— Ostatnim razem rozmawialiśmy o Tolkienie, w takiej konwencji zoomowej, internetowej, jeszcze pandemicznej. Dzisiaj udało nam się spotkać na żywo w Gdańskim Archipelagu Kultury w Domu Sztuki na Stogach. I chcielibyśmy porozmawiać o kolejnym dżentelmenie literatury fantastycznej, o Lovecrafcie. Tylko dżentelmenie chyba zupełnie innym od Tolkiena, prawda?

— Prawda. Tutaj wpisałem sobie we własnym konspekcie, przygotowując się do rozmowy „Liga niezwykłych dżentelmenów”, nawiązując do jeszcze innego tekstu. Natomiast obydwaj byli dżentelmenami, tutaj się zgodzimy. Ale innej proweniencji, tak bym rzekł, w tym sensie, że o ile Tolkien był, tak można uznać, spełniony całkowicie właściwie na każdym życiowym polu, to o Lovecrafcie tego powiedzieć się nie da. To była postać wielce specyficzna, twórca też wielce specyficznej literatury, generalnie zjawisko innego typu. Natomiast dżentelmenami niewątpliwie byli obydwaj. No i jakby ten wątek angielskiej kultury, cywilizacji, z której wyrastali, jest tutaj wspólnym gruntem.

— No ale jednak Lovecraft to Ameryka, prawda?

— Dobra, ale tutaj możnaby zrobić przypis dotyczący: a) kultury amerykańskiej, tej posteuropejskiej kultury amerykańskiej, w tym sensie, że kultura Ameryki z jednej strony wyrosła na surowym korzeniu, z drugiej strony jest odnogą, filią, funkcją literatury, kultury europejskiej przecież, tak? Mówimy o Providence, to jest Nowa Anglia. I mówimy o tych, którzy siebie określają do dzisiaj WASP: White Anglo-Saxon Protestant. Czyli mamy tak naprawdę ten sam etnos, ten sam, to samo zaplecze kulturowe, tyle że przesadzone w nowe miejsce i tam rozkwitłe na własnych warunkach. Czyli jakby background jest właściwie – nie to, że identyczny – chociaż pamiętamy, że Tolkien też był przecież emigrantem, w sensie jego rodzina była w miarę świeża. Na tyle, że jego małżeństwo było uważane przez rodzinę żony za pewnego rodzaju mezalians. Oni byli jednak Tolkienowie zbyt świeżymi emigrantami. Natomiast tutaj w Stanach Zjednoczonych był ten melting pot no i na tym gruncie było łatwiej wyrosnąć, ale te podziały oczywiście też zostały, więc jakby za starą rodzinę, za stary ród w realiach amerykańskich mogli uchodzić Lovecraftowie.

— W takim razie może spróbowalibyśmy sobie zarysować te różnice, skoro się zgodziliśmy, że one są, że to jest jeden korzeń, ale zupełnie inne, zupełnie inne owoce. Ja czytając Lovecrafta niezbyt dużo, jestem jednak trochę laikiem w tej kwestii. Rzeczywiście miałem poczucie, że to jest zupełnie innego rodzaju, innego rodzaju fantastyka, zupełnie inny klimat. Może spróbowalibyśmy tym osobom, które nie miały jeszcze styczności, jakoś zarysować.

— Jeszcze przez chwilę używając porównania z Tolkienem powiedziałbym, że o ile Tolkien był absolutnie zakorzeniony, to Lovecraft był w dużej mierze wykorzenion we własnej świadomości. To bardzo mocno odbija się w tym, co po sobie zostawili. Mam na myśli to, że proza Lovecrafta, tutaj będzie uogólnienie, ale konieczne, jest oderwaniem od tego gruntu, z którego on wyrasta. On wędruje przecież w gruncie rzeczy w kosmos. To jest odczłowieczenie tego, co zostawił po sobie w tekstach literackich. Innymi słowy, wizja człowieczeństwa u Lovecrafta jest kompletnie odmienna niż u Tolkiena w tym sensie, że tam jest to człowiek w pełni spełniony przez subkreację, a tu jest w pełni wyrwany ze swojej tożsamości przez świadomość, a właściwie nieświadomość kosmicznych korzeni, które go stawiają właściwie poza kontekstem jakiegokolwiek związku ze światem. On jest wyrwany z samego siebie, bo siebie nieświadomy, a kiedy zaczyna być siebie świadomy, o, dopiero wtedy zaczynają się problemy, bo to jest świadomość absolutnej obcości, absolutnej tragedii, absolutnej niemożliwości spełnienia na każdym poziomie, choćby ktoś bardzo chciał. Im bardziej chce, tym bardziej się nie spełni, bo to wyrasta z jego ontologii, u Lovecrafta, inaczej już u Tolkiena. Stąd mówię, że obydwaj niezwykli dżentelmeni wyrośli z podobnych korzeni, ale inaczej się, wydali inne kwiaty, tak, w innych warunkach zupełnie. Jeden zakorzeniony, drugi wykorzeniony, jeden spełniony, drugi opracowujący kulturowo swoje po części psychozy, tak, też wynikające ze stanu zdrowia, to trzeba powiedzieć wprost, tam taki moment, taki element i to w wymiarze dziedzicznym zaistniał.

— Czyli podsumowując tak krótko te ontologie można powiedzieć, że ten wszechświat tolkienowski jest w zasadzie antropocentryczny w jakiejś mierze, on jest nakierowany na pojawienie się tych istot ludzkich czy podobnych ludziom, a u Lovecrafta ten człowiek jest taki zupełnie nieznaczącym niczym, czymś bardzo przelotnym.

— No bo tu mamy jeszcze jeden bardzo istotny element, który odróżnia obydwu niezwykłych dżentelmenów. Tolkien jest sakrocentryczny, w pełni świadomości tego ujęcia, tak, to jest mit żywy nie tylko chrześcijański, ale katolicki i człowiek jest na tym gruncie wyrosły i spełniający się przez tego rodzaju powinność, samoświadomość czy wreszcie, predescynację. Natomiast u Lovecrafta nie, to jest światopogląd …on jest nie areligijny, on jest w gruncie rzeczy antyreligijny. On jest materialistyczny, on jest człowieczy w tym sensie, że człowiek sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem, ale bez szansy dobicia do portu. Więc jakby to ich oddziela ewidentnie. Materialistyczny, sakrocentryczny. Tam jest, mamy Eru, stworzyciela, tutaj mamy istoty niezwykłe, ale każda z nich jest nieboska. W sensie boska w ludzkiej świadomości, ale jest to świadomość u Lovecrafta myląca, dlatego, że ta boskość jest tak naprawdę euhemeryzowana, w sensie racjonalizowana ostatecznie. To nie są istoty boskie, to są istoty inne w sensie że przybyłe skądinąd, inaczej uformowane, inaczej funkcjonujące, przewyższające człowieka pod, bez wyjątku każdym, bez wyjątku każdym poziomie, ale istoty racjonalne w tym sensie, że istniejące faktycznie w inny sposób, ale jakby nieboskie.

— To może wracając jeszcze do tych wątków biograficznych. Wspomniałeś o psychozach, o wykorzenieniu. Wiem, że Lovecrafta nazywano Samotnikiem z Providence. Może byśmy się postarali jakoś…

— Czy wręcz Duchem z Providence, w niektórych odsłonach, i gdzie to jest uzasadnione w dużej mierze. No właśnie są różne szkoły traktowania biografii autora. Ja uważam, że oczywiście dzieło żyje, jest własną tożsamością, natomiast wyrasta z jakiegoś gruntu, a w przypadku akurat Lovecrafta ten grunt jest na tyle istotny, że jakby, no, dzieło nieoddzielne od osoby, która go stworzyła przez wszystkie, wszystkie idiosynkrazje i problemy związane z tą osobą. Myślę, że to tutaj w tekście jest, w tekstach wyrasta, pokazuje się doś zatem w czym rzecz. To było, mówię o Lovecrafcie, genialne dziecko. Chłopak podobno w okolicach trzech lat był w stanie chyba cytować poezję albo… no, czytać umiał w każdym razie bardzo wcześnie. Bardzo wcześnie był w stanie intelektualnie zaangażować się w literaturę. Natomiast zaczęły się problemy, kiedy faktycznie już zaczął chodzić do szkoły, bo tam pojawiły się problemy natury… tu właśnie do końca nie wiadomo, ale mowa jest o jakichś kłopotach neurologicznych. Nadpobudliwość, niemożność skupienia się, niemożność normalnego uczestniczenia w zajęciach. To tam podobno wszystko było. Teraz jeżeli pytać, skąd się to wzięło, co dokładnie mu było? No nie wiadomo, nie wiadomo. Niektóre interpretacje są na tyle dalekie, że każą się doszukiwać wręcz dziedzicznych pozostałości po chorobie jego ojca, który miał umrzeć, ojca Lovecrafta, który miał umrzeć z powodu jakiegoś przeciążenia psychicznego. Ale w innych wersjach mówi się, że to po prostu była zaawansowana kiła. A to są obciążenia dziedziczne i być może to miało miejsce, a być może nie, tego nie wiemy, ale, no… Inaczej, biografowie progresywni interpretują różnie, a to, że młody Lovecraft miał w szkole problemy związane właśnie z jego strukturą psychofizyczną, tak to ujmijmy eufemistycznie, to jest fakt, więc on tej szkoły nie mógł skończyć w normalnym trybie. No i został w domu w towarzystwie matki, ciotek, co miało złe i dobre skutki. Ale generalnie efekt był taki, że no, wyrosła z tego osobowość powiedzmy sobie, że do pewnych granic dostosowana do zewnętrznego świata. Z wszystkim, co z tego wynika dobrego i złego. On miał kłopoty w relacjach z rówieśnikami. On generalnie miał skłonność do zamykania się w sobie i nie tylko w sobie, bo jego relacje z zewnętrznym światem, w sensie w sensie choćby nawet wyjście z domu – było też utrudnione z powodu tych właśnie uwarunkowań, które mu nie pomogły w skończeniu szkoły. A jednocześnie bardzo wysoko rozwinięta inteligencja, ciekawość świata – w wymiarze głównie teoretycznym, ale zainteresowanie nauką w wymiarze: astrologia… astrologia nie, przepraszam, astronomia, matematyka, fizyka, chemia. To wszystko było częścią wyposażenia, intelektualnego, wyposażenia mentalnego, świata zainteresowań tego właśnie chłopaka, który sam dla siebie musiał tworzyć swoją przestrzeń przeżyć.

— No właśnie, no ale jakie to w takim razie ma przełożenie na literaturę? To znaczy: czy da się zarysować w ogóle te linie, związki pomiędzy biografią… bo w przypadku Tolkiena, jeszcze wracając do tego porównania, pamiętamy, że tam trzeba było to czynić z ostrożnością, że sam autor się odżegnywał od tego i że też momentami trudno było się doszukiwać jakichś takich bezpośrednich analogii między przeżyciami autora a jego tekstami. Stąd pytanie, czy można w tym wypadku się pokusić o taką analizę, o poszukiwanie źródła tej literatury w wątkach biograficznych?

— Myślę, że świat zainteresowań bardzo mocno wybija w tekstach, które zostały po Lovecrafcie, więc przez to, o czym wcześniej wspomniałem, przez zmaterializowanie, przez racjonalizowanie, przez tłumaczenie tego, co mistyczne, metafizyczne, tym, co niemistyczne i fizyczne. Bo do tego się generalnie sprowadza niezwykłość u Lovecrafta. Każdego rodzaju potworność daje się u niego zracjonalizować. Każdego rodzaju przeżycie niezwykłe na gruncie interpretacji zgodnej z jego światopoglądem zawartym w powieści, też to tam jest, okazuje się ostatecznie, no niemetafizyczne, ale wytłumaczalne przez niezwykłość natury no właśnie bardziej naukowej, tak, materialistycznej. To jest świat sprowadzony do materii w jej wyjątkowo przedziwnych formach, uwarunkowaniach, relacjach w sposobach działania, ale jednak materia, jednak tego, co racjonalne, wytłumaczalne ostatecznie chociaż niepojęte dla tego, kto jest człowiekiem, czyli nikim, bo taka jest ludzka ontologia u Lovecrafta. To jest nikt, to jest nic, to jest pyłek.

— No ale jednak to jest świat fantastyczny, świat wyobrażony, prawda? To nie jest czysto naukowa pasja, jakieś takie Humboldtowskie poszukiwanie tych dziwów, katalogowanie tego, co rzeczywiście na ziemi wokół siebie można znaleźć, tylko jednak jest to świat wyobrażony na pewnym takim naukowym podłożu, że że jeśli bogowie to tak, ale że tak naprawdę są, czy mogłyby to być istoty z kosmosu czy stworzone z innej materii, prawda?

— To znów zależy o czym mówimy: czy o jego zainteresowaniach związanych z nauką, naukowością w wymiarze w jakim to było naonczas dostępne dla chłopaka przez głównie piśmiennictwo, innego rodzaju kontakty; nie było Internetu, tak? Czy mówimy o tym, co na gruncie tych zainteresowań zostało w literaturze, bo te jego zainteresowania naukowe były naukowymi w sensie, że naukę po prostu chłonął i jeżeli jakieś rzeczy niewyjaśnione na gruncie naukowym powstawały, to być może… znaczy nie „być może” – z pewnością je próbował wyjaśnić po swojemu, co znalazło odzwierciedlenie w literaturze. Natomiast ten jego fundament związany z naukowością był odpowiedni do czasów, w których te informacje do niego docierały.

— Tak, mówię o literaturze, mam na myśli, że to jest racjonalizowanie, ale ono nie jest empiryczne w takim sensie, że to jednak jest świat fantastyczny, prawda?

— Jest fantastyczny też w tym sensie, że bardzo mocno bazuje na mitologiach, które Lovecraft oczywiście też znał. Świat różnego rodzaju kultów, świat różnego rodzaju wierzeń, różnego rodzaju mitów, mitologii takich i innych w sensie mniej czy bardziej egzotycznych dla mieszkańca Nowej Anglii. To było w jego… miał to z tyłu głowy, ale znów: tłumaczył to w literaturze na gruncie euhemeryzacji, czyli jakby mitu żywego, który takim przestaje być po zracjonalizowaniu. Czyli coś jest przeżywane jako niezwykłość niewytłumaczalna, takie numinosum, mówiąc za Rudolfem Otto. Natomiast potem, kiedy się to rozłoży na czynniki pierwsze, okazuje się, że owszem i straszne, tak, i niezwykłe, tak, i przerażające, tak, i zagrażające, i przekraczające, i wszystko, co jest tremendalne… ale jest to tremendum, które jest wyjęte z tego właśnie, z tego pierwotnego uczucia numinosum przez to, że jakby da się zracjonalizować do bytu faktycznie istniejącego, faktycznie przybyłego, faktycznie dajmy na to hibernującego i kończącego hibernację przez taką właśnie transgresję w świat istot, które nie są w stanie pojąć tego właśnie co do nich dociera, tak? Czyli niezwykłość, którą da się wytłumaczyć, co nie traci tego waloru potworności, jakim jest zetknięcie tego zwykłego człowieka, który – powtórzmy – jest nikim, z tym, co go przekracza pod każdym możliwym poziomem, na każdym możliwym poziomie, w każdy możliwy sposób. Co go tłamsi, co go wchłania, to jest jeszcze optymalne w sensie, że jeżeli wchłonie niezwykłość sam się tej niezwykłości stanie częścią. Na jakich warunkach to osobny temat, ale to tam jest.

— No właśnie – na jakich warunkach? Bo z tego co pamiętam, czy z tego co kojarzę, to właśnie zetknięcie się człowieka, tego pyłku z tymi istotami, które zamieszkują wszechświat stworzony przez Lovecrafta, z tymi tak zwanymi bogami, prawda, czy…

— Nie no, nie bójmy się ich nazywać bogami. To byli bogowie dla istot, które doświadczały boskości, której nie rozumiały, więc jakby to jest bezpieczne w światopoglądzie, w światopoglądzie Lovecraftowskim w tym sensie, że jakby mówimy o świadomości istot, które same siebie nie rozumieją.

— Tak, no to zawsze to zetknięcie wiąże się z obłędem, z destrukcją, z jakąś przerażającą przemianą, prawda?

— Z degeneracją.

— No właśnie.

— Ze zniewoleniem.

— Może byśmy tutaj spróbowali poszukać źródeł tego pesymizmu właściwie, czy no tego dosyć… No tak, pesymizmu, dosyć przerażającego.

— No, delikatnie mówiąc pesymizmu!

— …przerażającego poglądu na rzeczywistość. Że każde wejrzenie w te sprawy większe, głębsze, gdzieś pod podszewkę rzeczywistości, czy bardziej szersze spojrzenie na czas i historię powoduje tę straszliwą przemianę.

— Lovecraftowska wizja ludzkiego istnienia w świecie idzie w stronę nie to, że pesymizmu, ale raczej nihilizmu. Znów powtórzę to, ale jakby u niego to jest pewnego rodzaju taka ontologiczna podstawa. Człowiek nie istnieje w wymiarze podmiotowym. On jest uwarunkowany i dobrze, jeżeli sobie z tego uwarunkowania zdaje sprawę, ale najczęściej tak nie jest. Najczęściej jest poddany uwarunkowaniom, które go zgniatają, niszczą, zmieniają w taki sposób, który jest dla niego konieczny, ale w żaden sposób niereaktywny, tak? Nie ma możliwości kontrdziałania wobec tego, co zgniata naszego człowieka, każdego. Więc on jest właściwie poddany wszystkiemu, co zewnętrzne, a wszystko, co zewnętrzne go niszczy. I teraz pytanie, na ile to znów, czy można to odnosić do biografii? No w jakimś wymiarze tak, bo taki jak sądzę stłamszony, w sensie niezrozumiany, w sensie niezrealizowany w wielu wymiarach mógł się czuć Lovecraft w tym właśnie swoim odosobnieniu wymuszonym, nie zawsze chcianym. W końcu zaaprobowanym, ale jednak było to ograniczenie i niezwykłość, która wiązała się z, no to pytanie do psychologa, z na ile głębokimi strefami dyskomfortu, które później były jakoś tam internalizowane, a potem przenoszone na zewnątrz przez właśnie twórczość. Więc pewnego rodzaju byłaby to, byłoby to przetworzenie własnych problemów ze światem.

— W jakiejś mierze jednak był to twórca uznany w takim sensie, że dostawał listy od czytelników, udzielał, udzielał porad młodym adeptom literatury, co się nie udało? Jeżeli już byśmy mieli się doszukiwać takich źródeł, prawda?

— To nie tak, że tam Lovecraftowi we wszystkim życie się nie udało, bo to nie jest prawda. On był na tyle specyficzny, że to, co komuś żyjącemu w mainstreamie społecznym wydaje się udziwnieniem ostatecznym, dla niego w końcu stało się normalną formą egzystencji. Życie osobiste? No, problematyczne. Był moment, w którym wydawało się, że wychodzi na prostą, bo znalazł drugą połowę. Właściwie ona jego znalazła, bo on został raczej wybrany niż udało mu się zdobyć względy wybranej przez siebie potencjalnej żony, ale Lovecraft wstąpił w związek małżeński i ten związek małżeński miał szansę powodzenia, tak się wydawało. Oni się, Lovecraftowie, przenieśli do Nowego Jorku. Tam jego żona prowadziła własny interes, jakiś sklep związany z modą, który, no, dobrze funkcjonował, póki niestety nie splajtował. Sam Lovecraft raczej szukał pracy niż ją miał. Pracował, starał się pracować jako literat, z tego pieniędzy nie było, jako redaktor, co dawało pewne przychody, ale o ile to działało w warunkach Providence, to w Nowym Jorku już nie za bardzo, on się tam odbijał od ściany tych, którzy nie chcieli go przyjąć do pracy, w tych zawodach, w tym zakresie kompetencji, które prezentował, co było dodatkową frustracją. No i potem okazało się, że jednak jest kłopot w pożyciu małżeńskim, związany w dużej mierze z ekonomią. Bo kiedy sklep nie mógł funkcjonować, no to żona musiała szukać nowych źródeł utrzymania, a to się wiązało z wyjazdami. Więc ostatecznie z tych wyjazdów wynikła separacja, mieszkali osobno z przyczyn, no właśnie, ekonomicznych. Po czym związek się rozpadł, a nasz bohater z Nowego Jorku, bardzo nim zniechęcony zresztą, wrócił do rodzinnego domu do Providence. I tam, co ciekawe, kiedy już jakby wolno sądzić, dał sobie spokój z marzeniem o normalnym życiu w rodzinie, a poświęcił się wyłącznie pisaniu swoich tak zwanych wielkich tekstów, to w tym momencie pod tym względem jako twórca specyficznej literatury uznanej przez krąg własnych odbiorców on zaczął funkcjonować w tym właśnie wewnętrznym obiegu z dużym powodzeniem. W tym sensie, że była informacja zwrotna, było dużo listów, były głosy zwolenników, którzy uznawali istotność tego, co pisze. I on sam, no przez całe życie to trzeba powiedzieć, uważał się za dżentelmena, który literaturę to właściwie pisze ot, tak dla zabawy, nie traktując tego jako źródła dochodu. No i też dochodu z tego nie miał przez całe życie, to jest fakt. Więc zostajemy przy Lovecrafcie dżentelmenie. Utrzymywał się z pracy redakcyjnej, czyli z poprawiania tekstów innych autorów i z nieprofesjonalnego dziennikarstwa. Więc jakby był dziennikarzem, który właściwie nie pobierał dochodów za napisane teksty, ale jakby, no, zajmował się tym zawodem jako formą sposobu na życie. Więc jakby żył z pióra, to z całą pewnością, ale żył coraz gorzej. Więc mimo tego, że popularność była, to ze środkami na utrzymanie nie było lepiej. W sensie gorzej, musiał zmieniać mieszkanie z większych na mniejsze, po tym, jak w domu rodzinnym też było już nie najlepiej, skończyło się no niestety chorobą, tam chyba był rak żołądka, rak jelita, coś takiego. No i z tego już nie było wyjścia. Więc… nie zmarł u szczytu powodzenia. Ten sukces, który mógł dałby z całą pewnością środki do życia, przyszedł już post mortem, dużo później, niestety. Więc Duch został Duchem z Providence.

— Temu dżentelmenowi…

— Dżentelmenowi, tak.

— …jak już ustaliliśmy, po czasie, po latach niektórzy zarzucają, no, brzydkie rzeczy.

— Na przykład?

— Które prawdopodobnie można by zarzucić wielu ówczesnym dżentelmenom, mianowicie rasizm.

— Jak to jest z tą sprawą?

— Uuu…

— Jest niedobrze. Powiem najkrócej, jest niedobrze, bo to prawda, tak. On wyrósł w takim kulturowym chowie wsobnym. Tez w dużej mierze w związku z tymi ograniczeniami natury zdrowotnej, o których była mowa. Tak więc jakby, no, społecznie był wyrobiony do pewnych rozsądnych granic, to znaczy prawie wcale. Natomiast to się przekładało na niechęć wobec tych, którzy nie należeli do jego klasy społecznej, albo nawet do jego najbliższego otoczenia, co zresztą, no, można tłumaczyć psychologicznym mechanizmem podobne do podobnego, każdy szuka sobie właściwej strefy komfortu, patrz: strefy bezpieczeństwa związanej z tym, że jakby, no, wśród podobnych sobie, tych, którzy funkcjonują na podobnych zasadach według podobnego systemu wartości, w podobny sposób wobec siebie się odnoszą… – każdy czuje się niezagrożony, podczas kiedy każdego rodzaju odmienność jest transgresją, która narusza ten stan, ten stan pożądany. A im transgresja większa, im związana z większą odmiennością, tym większą budzi, tym większe budzi poczucie opresji, jakby tym większy odpór, ten, kto to przeżywa daje takiemu zewnętrzu, który jest dla niego no właśnie, zagrożeniem. I to u Lovecrafta całą pewnością było. Do tego trzeba pamiętać, że mówimy o latach 20., tak? XX wieku. Stany Zjednoczone były państwem, które formalnie sankcjonowało podział w życiu społecznym, tych właśnie WASPs White Anglo-Saxon Protestants, oraz tych, którzy byli rasy kaukaskiej, ale nie byli WASP, czyli na przykład emigrantów słowiańskich czy włoskich, czy irlandzkich. Katolik nie był WOSP przecież, tak? Nie był ,,Protestant”. A już osobną klasą byli, były ludy kolorowe, które licznie w Stanach Zjednoczonych w sensie w wymiarze ok. kilkunastu procent populacji występowały. I ta ostatnia klasa była dla Lovecrafta już nie do przyjęcia w sensie no takiej właśnie obcości genetycznej. Tak to pojmował. A utwierdził się w takim właśnie odniesieniu do niebiałych, do tych, którzy nie byli kaukazoidami, w czasie swojego pobytu w Nowym Jorku. Bo ile w Providence ten problem w świadomości Lovecrafta występował w dużo mniejszym zakresie, tam było etnicznie mniej więcej, mniej więcej jednorodnie w jego otoczeniu w każdym razie. No to Nowy Jork był prawda, tym właśnie, tym kotłem, tym ,,melting pot”. I on tam spotykał się z etnosami różnego rodzaju, przy czym znalazł w ich istnieniu sposób na wytłumaczenie swoich niepowodzeń na rynku, na rynku pracy, między innymi na rynku pracy.

— Tak, to chyba nawet współcześnie dosyć taki popularny trop.

— Tak, natomiast u niego w przypadku Lovecrafta, tam, w tamtych realiach, kiedy szukał pracy redaktora, wydaje się to być stosunkowo mało racjonalne w tym sensie, że… jakby ci, hm… nie-kaukazoidzi raczej nie mieli kompetencji, żeby pracować jako redaktorzy, więc jakby tej pracy nie szukali, ergo nie mogli jej zabrać Lovecraftowi. To jest interpretacja taka no, na szybko, ale wydaje się uzasadniona. Więc jakby jego, tego rodzaju zarzuty były bezpodstawne, Bezpodstawne. Natomiast wyrósł w tej świadomości, on z tym wrócił i też można te ślady tego znaleźć w tym, co po sobie zostawił. Chodzi o niektóre z tekstów, których ci, którzy są najbliżej tych właśnie, tych bytów zagrażających, tych właśnie bogów, są ich wyjątkowo zdegenerowanym odbiciem. Są ich sługami, którzy są no, na najniższym poziomie ludzkiej tożsamości i w wielu przypadkach są to właśnie niebiali; tak właśnie przedstawieni w tekstach literackich.

— A czy możnaby się pokusić o takie uogólnienie, że w związku z tym ten rodzaj ksenofobii jest jakimś takim jednym, jest jednym z kluczy do zrozumienia tej literatury? No bo mówimy o figurze obcego, prawda?

— Tak.

— I w przypadku rasizmu mówimy o obcym człowieku, a te istoty, które są to w pewnym sensie głównymi bohaterami tej twórczości no, to są tacy wielcy obcy właśnie, to jest obcy do którejś potęgi.

— Zgoda, ta obcość jest, przeżycie obcości jest tym, co zostawił po sobie w tekstach Lovecraft, jest podniesiona do jakby któreś tam w rzeczy samej potęgi, bo jakby na tym się zasadza, to jest właśnie obcość człowieka wobec siebie, obcość człowieka wobec tego, co jest na zewnątrz, obcość człowieka wobec własnych przeżyć, obcość wobec tego, co go napada, zmienia, a jest niechciane, czyli jakby to wszystko tutaj mamy w wymiarze psychologicznym. Ale to… ja generalnie wiem, że tego się nie uniknie, ale trochę się boję albo nawet bardzo się boję psychologizowania na gruncie literatury, bo to jakby no, potrafi zawieść. Część tych pytań jest tak naprawdę do psychologa czy psychiatry. Jeszcze tylko jeden wątek, dotyczący właśnie tych oskarżeń zasadnych w przypadku Lovecrafta o rasizm, że tak, to było. Natomiast dobre pytanie, czy my przypadkiem tutaj no jednak nie jesteśmy prezentystami?

— To znaczy?

— Już tłumaczę. Odzywa się we mnie historyk w tym momencie. Prezentyzm jest błędem interpretacyjnym związanym z krytyką źródeł, a polega na tym, że zjawisko typowe dla czasów, w których się wydarzało, jest interpretowane przez zmienne tropy, wzory kulturowe w czasach, kiedy dociera do tego zjawiska odbiorca, tak? Więc jakby coś, co mamy jako źródło na etapie wieku, powiedzmy XV., co innego znaczyło, niż może wnioskować odbiorca w wieku XXI. Więc jakby dopiero poznanie tamtych realiów pozwala zrozumieć z jakiego rodzaju tekstem, co z niego wynika dla nas współcześnie i co wynikało naonczas, więc jakby rozpoznanie tego rodzaju koneksji, zmienności jest obowiązkiem kogoś, kto…

— Ma pan na myśli, że w pewnym sensie Lovecraft nie mógł być rasistą, bo jego postawa nie była rasizmem w ówczesnym czasie, tylko była normą?

— Nie… Lovecraft… Inaczej: trudno, żeby nie był rasistą! Raczej tak odpowiem. Co go nie tłumaczy, ale jakby jest wyrazem świadomości społeczności, w której żył w czasach, w których żył. I to, co dzisiaj jest przeklęte i odsunięte wtedy wtedy było normalnością. Zresztą było, u licha, normalnością w Stanach Zjednoczonych do lat 50. przecież wieku XX., tak? A jesteśmy w latach 20. Więc robienie zarzutu z dzisiejszych pozycji temu, który żył wtedy, jest właśnie prezentyzmem, co nie znaczy, że musimy lubić te postawy, one są egzotyczne, natomiast no wtedy nie były takie. I teraz też od razu możemy się odnieść do twórczości z pytaniem, czy to oznacza, że Lovecraft powinien być czytany przez tu jakieś cenzury? Ja myślę, że niekoniecznie; również z tego powodu, że wiele istotnych dzieł wcześniej stworzonych, no, jest istotnymi, mimo tego, że zawierają się w tych dziełach treści, które są obecnie nie do przyjęcia. Przykład? Proszę bardzo. Jesteśmy w Stanach Zjednoczonych, więc jeden z filarów filmu, nie tylko amerykańskiego, mam na myśli ,,Narodziny narodu” Griffitha, tak? Z apoteozą Ku Klux Klanu. No to proszę bardzo, jest film o podłożu i o wydźwięku rasistowskim, który jednocześnie jest wybitnym dziełem sztuki. Tak, co z tym zrobić? Nie przestanie być wybitnym dziełem sztuki, mimo tego, że są tam treści, które są nie do przyjęcia. Kropka. Trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Inny przypadek, proszę bardzo. ,,Triumf woli” Leni Riefenstahl. Dzieło absolutnie wybitne jako… pod względem techniki filmowania stworzyła reżyserka tam nową jakość w filmowym dokumencie. Natomiast w wymiarze ideowym, no, historia to określiła jednoznacznie, tak? I tutaj nie ma nic do gadania, jest to jednocześnie naznaczone negatywnością i wybitne formalnie. Który z filmoznawców określił to jako, tak po Baudelaire’owsku, ,,kwiaty zła”. No to może i Lovecrafta wciągniemy w orbitę tych właśnie ,,kwiatów zła”. W tym wymiarze, w którym można to uzasadnić, tak, bo jakby to nie jest główny nurt w tekstach Lovecrafta. Jest obcość, natomiast wymiar związany z wartościowaniem rasowym jest tam poboczny, marginalny tak naprawdę. Więc nie to, że nie ma, nie można powiedzieć, że go nie ma, ale nie jest to w żadnym wypadku wartość dominująca. Jego obcość jest natury ontologicznej, pierwotnej, no nieludzkiej, a właśnie ponadludzkiej, bo kosmicznej.

— Chciałbym zapytać o grozę, no bo to jest to, twórczość Lovecrafta jednak się sytuuje gdzieś w kategoriach literatury grozy. Ja nie jestem rasowym fanem ani horroru, ani literatury grozy. Mam w związku z tym kilka pytań, poprzez które chciałbym to lepiej zrozumieć. Po co się bać? Czy w ogóle się boimy naprawdę? Czy takie kontrolowane banie się to jest, to rzeczywiście jest groza, bo może moglibyśmy sobie to pogłębić.

— Jesteśmy na gruncie tekstów. Podkreślam: tekstów, więc nie mówimy o grozie. Mówimy o grozie w literaturze. Mówimy o grozie, która jest przefiltrowana przez dzieło kultury, to jest opracowana kulturowo groza, tym tematem w tym momencie się zajmujemy. Więc jakby nie chodzi o doznanie tego in situ, wprost. Tylko mówimy o pewnego rodzaju, no, takim dobrowolnym zawieszeniu niewiary w sytuacji, kiedy obcujemy z pełną świadomością, z czym obcujemy, z tekstem, o którym wiadomo, że powoduje pewnego rodzaju emocje. I my, skoro z tym tekstem obcujemy, bierzemy go do, przed oczy sobie go stawiamy z własnej woli, znaczy, że chcemy się bać, ergo, że poczucie oswojonej grozy spełnia jakieś nasze wewnętrzne potrzeby. No i tutaj należy oczywiście szybciutko, żeby za dużo czasu na to nie poświęcać, a warto, odnieść się do antycznych ujęć związanych z teorią dramatu i oczywiście kwestia katharsis, którą przeżywa, która jest celem istnienia właśnie między innymi formy dramatycznej, formy tragicznej. No to tutaj, skoro chcemy się bać, znaczy, że jest to nam potrzebne po to, żeby przeżyć pewnego rodzaju przełom, w sensie bać się, bać się, bać się, a potem przestać się bać i pozostać tym przeżyciem, że baliśmy się w sposób bezpieczny. No bo literatura nie jest, raczej psychoz nie powoduje trwałych u osób, które no są normalnie wyposażone do odbioru tekstów literackich Więc groza spełnia jakieś potrzeby tego, kto jej szuka, czyli człowieka każdego. Różni w różnym stopniu potrzebują tego rodzaju przeżyć, ale to, że to jest naturalne, że istnieje, inaczej, że istnieje w świadomości człowieka naturalne zapotrzebowanie na tremendum, to jest uogólnienie moim zdaniem uzasadnione o tyle, że ja jestem przekonany, że istnieje w człowieku coś, co można by nazwać instynktem sakralnym. Poszukiwanie, istnieje potrzeba poszukiwania sacrum w różnych sferach świata. Nie odnoszę tego broń Boże li tylko do religijności, broń Boże. Natomiast częścią doznania sacrum jest tremendum, czyli właśnie ta groza, której się poddajemy, żeby dotknąć tego, co ponadzwyczajne. Więc tutaj to jest.

— Czyli mówiliśmy, jak zarysowaliśmy sobie wcześniej taką opozycję między właśnie, sakralnym Tolkienem, a jakimś antyreligijnym czy materialistycznym Lovecraftem.

— Tu koniecznie, przepraszam, od razu wchodzę w słowo z koniecznym uzupełnieniem. To, że Lovecraft, że Lovecraft interpretował swoje dzieło i swój światopogląd jako nie tylko że areligijny, ale antyreligijny nie znaczy, że tej religijności w sensie odzwierciedlenia instynktu sakrocentrycznego tam nie było, bo moim zdaniem jest w twórczości każdego typu, która jest autentyczna, która jest przeżyciem. Zawsze tam to będzie. Jest to wpisane w ludzkie odbieranie świata. Nie znajdziemy ateisty, moim zdaniem, znajdziemy mnóstwo antyteistów, ale antyteizm jest formą teizmu. Mam na myśli nie tyle odniesienie do Boga jako takiego, co właśnie do sacrum, przeżywanego na różne sposoby w otaczającej rzeczywistości na różnych etapach, z różną intensywnością, ale dla człowieka, który jest wyposażony w zdolność do symbolicznej interpretacji świata takie właśnie zanurzenie w sakrocentryzmie jest nieuniknione. Nie ma tego, nie ma inaczej po prostu. I to tutaj jest w tym sensie, że jego antyteizm, jego materializm jest również uwarunkowany mitem żywym, związanym z przeżywaniem sacrum tylko na, znów na jego własne tempo, na jego własny ogląd, sposób bycia w świecie, więc on to interpretuje areligijnie, ale te elementy tam są.

— Może zdołalibyśmy pogłębić jeszcze w takim razie jaka jest ta groza Lovecrafta? Może też na tle innych dzieł literatury, bo jest znany jako innowator gatunku.

— U niego to jest unaukowione, tak. I to jest mój zarzut pod adresem, jeden z zarzutów pod adresem jego twórczości. On unaukawia to, co byłoby grozą faktyczną, gdyby zostało niedopowiedziane, bo faktyczne zagrożenie jest nie w strachu. Jest w lęku, a lęk polega na tym, że boimy się tego, czego nie jesteśmy w stanie poznać. Dlatego pytanie, na ile świadomie… dla mnie świetnym opowiadaniem grozy związanym właśnie nie ze strachem, a z wywoływaniem lęku jest króciutkie opowiadanie ,,Muzyka Ericha Zanna”. Tomasza Zanna? No ale w każdym razie ,,Muzyka…”. ,,Muzyka”, dalej jest nazwisko. To jest króciutki tekst, w którym niezwykłość jest wywołana przez dźwięk związany z nie wiadomo czym, związany z zagrożeniem, którego źródła nie uzmysławia sobie ani odbiorca, ani czytający. W sensie ani ten, kto jest literackim bohaterem ani odbiorca i przez to to poczucie niezwykłości daje efekt moim zdaniem dużo silniejszy niż w innych, tak zwanych ,,wielkich tekstach” Lovecrafta, w których on najpierw opisuje niezwykłość, która no, jest hiperbolizowana. W sensie tam te wyposażone w macki stwory wychodzą, obejmują, zmieniają, a potem w niektórych tekstach, to już mi się wyjątkowo nie podoba, są opisywane w wymiarze wręcz anatomicznym, tak? Taka a taka macka o długości takiej a takiej długości, wyposażona w tyle a tyle czułków, czegoś tam, szczypce, przyssawki, lgawki, otwieramy następną warstwę i znów mamy opis anatomiczny, który no, inaczej: wywołuje poczucie niezwykłości, ale to jest niezwykłość, niezwykłość kogoś z zewnątrz, kto nagle zostaje wpuszczony do izby, gdzie się dokonuje oględzin anatomicznych, w sensie do prosektorium, tak? Innego rodzaju groza niezwiązana już z niezwykłością typu metafizycznego, a związana z niezwykłością typu, no właśnie, ewidentnie fizycznego. I on jakby w tym kierunku bardziej idzie, co wywołuje oczywiście poczucie niezwykłości, ale już nie tą grozę, którą udało mu się wywołać, gdy bazował na lęku, nie na strachu. Do tego oczywiście dochodzi no, nieprzyzwoitość formalna związana z przymiotnikozą, a tego bardzo nie lubię, u niego jest tego mnóstwo. To jest takie, no, wręcz barokizowane miejscami, zwłaszcza w opisach niezwykłości. Taka jest cecha tego warsztatu.

— I do tego jeszcze anachronizmy różnego rodzaju…

— Tak, tak…

— Ciągle jeszcze będę się posługiwał tym porównaniem z Tolkienem, bo Tolkiena o wiele lepiej lepiej znam i mimo tego, że lektura Tolkiena często wydaje się no, taka ciepła, bardzo przyjazna… we ,,Władcy Pierścieni” jest mnóstwo piosenek, prawda? Co chwilę mamy tych przaśnych hobbitów, którzy marzą tylko o jedzeniu i tak dalej.

— Oj, oj!..

— Oczywiście nie tylko, ale może…

— Oni są bardzo przaśni w ,,Hobbicie” natomiast już we ,,Władcy” wyrasta z tego rasowa powieść inicjacyjna, także…

— We ,,Władcy Pierścieni” wydaje mi się, że też są dosyć humorystyczne przerywniki…

— No bo są, dobrze.

— Często się z nimi pojawiają. W każdym razie, kiedy mówimy o tych sprawach, o tych sprawach głębszych, prawda, kiedy pojawiają się elfowie, czy jakieś, czy te moce, to właśnie tam jest dużo rzeczy, które bazuje na właśnie niedopowiedzeniu i jakimś takim przeczuciu, coś się dzieje jakoś tak podskórnie. U Lovecrafta właśnie dla kontrastu to nie zastanawiało właśnie, cała o ta wydzielinowatość, mackowatość, prawda, ta…

— Anatomiczność.

— Anatomiczność. I to też swoją drogą dojdziemy jeszcze do tych kwestii popkulturowych, ale jeśli chodzi o popkulturę, to też się chyba przejawia, bo dosyć trudno jest znaleźć dobre ilustracje tolkienowskie, jest bardzo dużo fan artów, takiej średniej jakości bym powiedział. Natomiast u Lovecrafta jest bardzo dużo materiałów naprawdę świetnych, wizualnych, więc jakby tutaj on jest rzeczywiście o wiele bardziej materialny, prawda? Ale już kończąc, tak, ta materialność mnie też zastanawiała w tym sensie, że no mówimy, jak mówimy o bogach, no to mówimy w dużej mierze o kosmitach, prawda? O istotach, które przylatują z innych planet, kolonizują planety, budują cywilizację i ze sobą walczą, że w pewnym sensie na opak jakoś… Nie przez takie dystynktywne cechy literatury science fiction, ale poprzez ten motyw kosmitów to tak gdzieś tym tematem jakoś wchodzi w to pole właśnie science fiction, tak mi się kojarzy.

— Bo tak jest, on generalnie każdy z motywów niezwykłości ma związek z kosmicyzmem pojmowanym jako właśnie ta niezwykłość przekraczająca ziemskie doznanie, ale w wymiarze jak najbardziej racjonalnym, ostatecznie racjonalnym. Ostatecznie mówię racjonalnym, bo jeżeli przyjrzeć się sposobom przedstawiania tych niezwykłości, to u Lovecrafta jest to zresztą bardzo ciekawe. Na pierwszym etapie mamy mnóstwo wątków religijnych, metafizycznych, różnego rodzaju kulty związane właśnie z tymi przybyszami, różnego rodzaju degeneracje fizyczne i mentalne. To wszystko jest takie właśnie osnute niezwykłością po części biologiczną, po części metafizyczną. Metafizyki na tym etapie jest mnóstwo. Potem jak odsłonić tę warstwę, okazuje się, że tej metafizyki jest wiele w sposób nieuzasadniony, związany z ludzkim pojmowaniem tego, co niemetafizyczne w sposób metafizyczny, bo istotne źródło to jest niezwykłość, owszem, jak mówiłem, przekraczająca pojmowanie ludzkie, ale to jest niezwykłość no właśnie, racjonalna w tym sensie, że związana z istnością faktyczną, istnością niemetafizyczną. Więc realną, fizyczną, tyle że inną, wyjątkowo potężną. No i właśnie gdzie szukać źródła? Ano poza Ziemią, w większości przypadków poza Ziemią. To są odbicia różnego rodzaju kolonizacji związanych z cywilizacjami pozaziemskimi. Czyli jakby ten wątek science fiction, world fiction jest w każdym przypadku do czytania w ten sam sposób, nawet jeżeli nie ma to w konkretnym tekście, to przez tutaj hermenutyczne odczytanie z tekstami innymi okazuje się, że jakby nie da się tego wątku pominąć.

— Czy w związku z tym można mówić o mitologii Lovecraftowkiej? Bo jednak mitologia w moim rozumieniu leży gdzieś bliżej, gdzieś bliżej krainy niesamowitości, ale związanej z mitycznym czasem początku, prawda? Z takim nieukształtowaniem świata, z jednak niemożnością dopowiedzenia niektórych rzeczy, ze światem, który się rządzi, zupełnie innymi zasadami, a tutaj tak jak an mówi, wszystko jest ostatecznie, na dnie, tak, na samym dnie znacjonalizowane, czy możliwe do zracjonalizowania. Czy to jest właśnie mitologia czy antymitologia?

— Możliwe do zracjonalizowania, ale nie w porządku ludzkim, tak? Czyli jakby ci wszyscy dla ludzi bogowie są wytłumaczalni w swoim własnym porządku, ale w sposób, w ich porządku racjonalnym, czyli jakby nie ma tam metafizyki dlatego, że Lovecraft miał alergię antymetafizyczną. Co nie naczy, że to, że zaprzeczał metafizyce tej metafizyki nie zawarł w jego tekstach. Krótko mówiąc, ja znów będę się trzymał swojej tezy o tym, że człowiek symbolizujący jest zwierzęciem sakrocentrycznym, w związku z czym on, jakkolwiek by się odżegnywał od mitologii, tę mitologię tam musiał ukonstruować, bo inaczej się po prostu nie da. Więc mimo że nie chciał, to ją mamy.

— Chciałbym, żeby te spotkania to była taka pogłębiona analiza, ale też trochę wprowadzenie i być może zachęta dla tych, którzy się wahają czy sięgnąć, czy nie sięgnąć. Więc może spróbowalibyśmy trochę zareklamować i wydaje mi się, że tu też trochę tak jak jeszcze raz, po raz kolejny do znudzenia, nawiązując do poprzedniego spotkania, czyli do Tolkiena, że może powinniśmy wyjaśnić co popkultura z Lovecraftem zrobiła i czy właśnie to, co powstało później jest adekwatne dla samej istoty jego twórczości.

— To jest pewnego rodzaju fenomen, tak uważam, dlatego, że no właściwie, dlaczego akurat u Lovecrafta to – mówiąc kolokwialnie – ,,zażarło”? A faktycznie tak jest. On jest wykorzystywany pop kulturowo na różnych poziomach w różnych formach. Z tego co wiem, są gry planszowe bazujące na Lovectafcie, są filmy, są gry komputerowe. No właściwie nie wiem, czego nie ma w związku z Lovecraftem, tak? Tutaj o ikonografii była mowa o tym, że jakby on jest ikonograficznie wdzięczny w tym sensie, że te jego mackowate stwory dają się wyobrażać na różne sposoby. A ponieważ w tekstach, zwłaszcza w dużych, wielkich tekstach są dość albo nawet bardzo, albo zbyt szczegółowe opisy, no to tutaj rysownik ma sprawę ułatwioną i ta ikonografia jest rozbudowana. Może jakby z tego wynika popularność Lovecrafta, że on jest właśnie no wizualnie wdzięczny, a ten świat współczesnej kultury niepopularnej, ale zwłaszcza masowej, jest głównie wizualny, więc jakby wizualność jest wielkim atutem jakiegoś zjawiska.

— Ja bym od siebie dorzucił jeszcze tutaj, że właśnie cała ta obcość związana z anatomią tych bóstw, ona pozwala robić robić takie wizualia, tak ich rysować, czy tak ich malować, że oni są niemalże abstrakcyjni w tej swojej organiczności. Jeżeli mówimy, że jakieś bóstwo daje się wyobrażać, jako dajmy na to, ,,zbiór opalizujących kul”, na takie coś się natknąłem, czy właśnie kupa macek, oczu i nie wiadomo jeszcze czego, to jest oczywiście figuratywne, ale można to tak rozbudować, że staje się niemalże abstrakcyjną kompozycją, co uważam, że jest generalnie plusem.

— To wielki walor wizualny.

— Tak, to jest ogromny walor.

— Bo to jest nieograniczone.

— Tak, to est bardzo elastyczne.

— Także już samo to daje mu dużą przewagę nad właśnie tym światem form ograniczonych, określonych, które można wyobrazić do pewnych granic, pozostając w zgodzie z oryginałem, a tutaj nie, tutaj jakby Cthulhu i jego powinowaci mogą być dokładnie wszystkim, każdego rodzaju okropnością albo pięknem, jeżeli w tym kierunku by ktoś chciał pójść, ale raczej nie będzie chciał. No nie będzie chciał, bo tutaj groza jest zawarta w obcości, tak? To, co jest fenomenem takim właśnie magnetyzującym u Lovecrafta jest przede wszystkim tremendalne, jest strasznością, która ewentualnie przyciąga właśnie przez tą swoją obcość, przez kontrast, a to z kolei jest, no, da się zręcznie sprzedać właśnie w kulturze masowej. No bo znów jesteśmy na gruncie podstawowych funkcji psychologicznych grup społecznych. A co ciekawe, w niektórych ujęciach z tego co wiem, filmowych, ten właśnie, wracając na sekundę do niewygodnego wątku, rasistowski niewątpliwie Lovecraftt jest ogrywany jako, znaczy nie on, ale jakby jego elementy z jego powieści są sprzedawane w wątku, w sosie ewidentnie poprawności politycznej, więc jakby i na tę drogę udało się post mortem Lovecraftowi wstąpić i poprawić swoje notowania.

— To też jest zaskakujące, że nie jest całkowicie anulowany po prostu jako…

— No nie jest.

— Jako niepoprawny autor i taki, który, ponieważ tu był zły, to generalnie musiał się mylić, prawda?

— No bo są źli, którzy są akceptowalni i źli, którzy nie są akceptowalni, a Lovecraft jest ewidentnie z tych ,,naszych” mimo tego, że gdyby sięgnąć do, zwłaszcza jego listów i coś zacytować, to na YouTube by tego nie można było powiesić, bo by natychmiast zostało zdjęte, zabanowane. Tam po prostu są wyjątkowo ostre oceny, które, no, dla dzisiejszego ucha brzmią drastycznie wręcz.

— Jak w takim razie pan myśli, jakie są główne… w czym leży główna wartość tej literatury, albo innymi słowy, dlaczego warto po nią sięgnąć?

— Czy warto?

— Warto. To jest najkrótsza odpowiedź, natomiast uzasadnienie jest takie, że to jest na tyle specyficzne, na tyle właściwe autorowi, że stwarza osobną jakość i nieznajomość tego, nie ma usprawiedliwienia. Jeżeli ktoś niekoniecznie interesuje się fantastyką jako taką, ale mówi o literaturze współczesnej, to w świadomości musi mieć istnienie takiego sobie właściwego zjawiska jak proza Lovecrafta. Którą można oczywiście szufladkować w literaturze grozy, ale on nie jest zjawiskiem klasy Poego, albo Ewersa, albo Strobla, on jest sobie właściwie osobny, jest właściwie z pogranicza, tak, poprzez swoje racjonalizacje nie pisze horrorów, on pisze thrillery. Bo jakby jego groza jest wytłumaczalna w porządku racjonalnym. Tam nie ma niezwykłości typu no właśnie, takiego horrorowatego w głównym nurcie. Czyli bardziej thriller niż horror. Gdyby trzymać się znów ontologii niezwykłości w tym tutaj świecie. I znów ta racjonalizacja ta taka… właściwie scjentyzm w gruncie rzeczy, bo jakby tu u niego jak mówiłem, jest to wszystko wytłumaczalne, daje dobre narzędzia do ręki współczesnemu odbiorcy, który jest no, z gruntu areligijny, z gruntu racjonalistyczny, a jednocześnie pragnie niezwykłości, i to wszystko w jednym znajduje u Lovecrafta. Więc myślę, że on jest pod tym względem nieźle dostosowany do potrzeb współczesnego targetu.

— Czyli właściwie jest bardzo aktualny, można tak powiedzieć.

— Tak, tak. Albo inaczej: ma ten potencjał. Mówię, ma ten potencjał, bo z Lovecrafta w wersji oryginalnej robi się takie rzeczy, które by mu do głowy nie przyszły, ale gdyby go czytać wprost, w sensie w jego zamierzeniu oryginalnym, no to ono jest w dużej mierze kompatybilne ze świadomością współczesnego odbiorcy, czyli mamy niezwykłość ale racjonalną, mamy świat, ale niereligijny, mamy straszliwości, które no właśnie… Nnihilizm jest pociągający, prawda? Współcześnie. Nihilizm rozumiany jako niemożność przejścia pewnych ograniczeń, które są, które są narzucone z zewnątrz; z tym trzeba walczyć, ze świadomością, że ta walka będzie, no, takim zaprzeczeniem w imię nicości, też fajna figura, i to wszystko u Lovecrafta. Inaczej: da się z niego wydobyć. Tak był tłumaczył tę popularność. No ale ta wizualność myślę, że głównie… Kultura współczesna jest kulturą obrazkową, a tam właśnie te wszystkie wyjątkow… jakby to ująć… no te właśnie plastyczne wyobrażenia dają się przełożyć na na to, czego, co jest najprostsze dla odbiorcy w erze Internetu.

— Myślę, że wyczerpaliśmy sporo wątków, poruszyliśmy wiele wątków, bo wyczerpać nie wyczerpaliśmy.

— Nie, myśmy otworzyli temat, myśmy odwalili kamień, czego może lepiej było nie robić, ale stało się.

— I ja, dziękuję na teraz. Jeżeli, jak znam nas dwóch, to na pewno jeszcze coś nam się przypomni. A chciałem powiedzieć, że to jest cykl i planujemy kolejne spotkania, więc gdyby pojawiły się z państwa strony, z waszej strony jakieś pytania, to zachęcam, żeby je podesłać. W opisie filmu będzie adres email, można je podrzucić i wtedy przy okazji następnego spotkania możemy jeszcze do Lovecrafta wrócić.

— Tak jak wróciliśmy do Tolkiena na początku tego, więc może to faktycznie będzie się zazębiać i stworzy jakąś taką całość. Oby sensowną.

— Zatem dziękuję.

— Kłaniam się.

— I do następnego razu.